W powieści "Diuna" Franka Herberta mieszkańcy pustynnej planety Arrakis zbierają o poranku wodę z liści nielicznych roślin. Skąd bierze się ta woda? To oczywiście rosa, powstająca podobnie jak na Ziemi.
Gdy zapada noc i do powierzchni planety przestają docierać promienie Słońca, powierzchnia ta stygnie. Wraz z nią wszystko, co się na niej znajduje - budowle, rośliny, instalacje. Ich temperatura spada szybciej niż temperatura powietrza, które jest bardzo dobrym cieplnym izolatorem. Nie bez powodu najcieplejsze swetry i kurtki są "puchate". Ich doskonałe właściwości zawdzięczamy nie tyle wełnie czy pierzu, ile więzionemu przez nie powietrzu, które ogrzewa się oraz chłodzi bardzo powoli.
W atmosferze zawsze znajdzie się nieco pary wodnej - nawet na pustynnej Arrakis. Gdy cząsteczka wody zetknie się z czymś bardzo zimnym, traci energię do dalszych samodzielnych podróży i osiada. To zjawisko dokucza okularnikom, gdy w zimie wchodzą do ciepłych pomieszczeń. Gdy molekuł jest więcej, powstają krople wody.
Najszybciej stygnące obiekty to te odstające od Ziemi, wąskie, cienkie - rośliny, parkany, przewody, elementy mostów itp. (nam również palce marzną szybciej niż brzuchy). To na nich w pierwszej kolejności skrapla się para wodna.
Najlepsze warunki do powstania rosy to bezchmurna noc i lekki wietrzyk. Wiatr powoduje, że z zimnymi liśćmi czy drutami stykają się stale nowe porcje powietrza, przynoszące nowe zapasy pary wodnej do skroplenia. Chmury natomiast stanowią dla Ziemi swoistą kołdrę - zatrzymują ciepło, przez co powierzchnia planety nie stygnie tak bardzo w ciągu nocy. Brak chmur to prawdopodobnie główny czynnik, dzięki któremu zbieranie rosy na powieściowej Arrakis ma sens - w takich warunkach powierzchnia wychładza się bardzo silnie.
Gdy nocne temperatury zaczynają spadać poniżej zera, zamiast rosy powstaje szron. Podłoże jest na tyle zimne, że osiadające na nim molekuły wody natychmiast wiążą się w kryształy lodu. Szron ma postać cienkiej, chropowatej skorupki, drobnych igiełek lodowych. Dla mieszkańców przesuszonej planety z powieści Herberta to pewnie odpowiednik "manny z nieba", którą w rzeczywistości były stężone soki roślinne.
Aleksandra Kardaś
Autorka jest fizykiem atmosfery, prowadzi kurs "Meteorologia przez Internet" (w projekcie COME UW), lubi oglądać zjawiska meteo z Ziemi i... z kosmosu (od czego mamy satelity?).
Zobacz także:

























