Fot. SXC
Jeśli szukasz w internecie materiałów do pracy semestralnej lub magisterskiej, zapomnij o popularnych Googlach. Są lepsze źródła informacji. Chyba, że zamierzasz badać fenomen ''wesołych blogasków'' - pisze Paulina Cylka.
Jeszcze kilka lat temu świeżo upieczeni studenci uczyli się, jak korzystać z kartkowych katalogów bibliotecznych, co można znaleźć w pożółkłych tomach Bibliografii Zawartości Czasopism i jak założyć rolkę z mikrofilmem na widełki wyświetlacza. W czytelni walczyli o dostęp do jedynego egzemplarza podręcznika, a o przejrzeniu zagranicznych periodyków naukowych w zaciszu wydziałowej biblioteki mogli tylko pomarzyć. Dzisiaj czytają je przy śniadaniu na ekranie komputera, a prace naukowe wydane na drugiej półkuli drukują na domowej drukarce. O ile wiedzą, jak to wszystko znaleźć w Internecie.
Na pewno wiedzą to studenci etnografii, którzy uczęszczają na zajęcia Pawła Krzyworzeki. Jedną z dziedzin, jakimi zajmuje się ten doktorant, jest bowiem cyfrowa etnografia. (Tak, etnografia to nie tylko malarstwo na szkle, tańce Papuasów i góralskie przyśpiewki. To także badanie zjawisk, jakie wiążą się z internetem właśnie). W ramach zajęć przygotowujących do zdobywania fachowej wiedzy, studenci wraz z młodym naukowcem prowadzą blog, który sam w sobie jest już kopalnią mądrych wskazówek i przydatnych linków.
Jak przyznaje Krzyworzeka, nasze rodzime zasoby internetowe są jeszcze daleko w tyle za światowymi standardami. Z trudem znajdziemy na polskich stronach prace naukowe, udostępnione przez wykładowców skrypty czy podręczniki. W polskim środowisku naukowym - opowiadał - myśli się jeszcze w kategoriach ''To mój trud, moja praca, nie będę się tym dzieli''. Na Zachodzie jest wprost przeciwnie. Także z korzyścią dla naukowców - dzięki upublicznieniu swojego dorobku mogą liczyć np. na szerszą dyskusję wokół swoich dokonań. Problemem jest też polskie prawo autorskie. (Idea np. Creative Commons jest w Polsce jeszcze mało znana.)
Od czego zaczynamy wyszukiwanie? Od użycia wyszukiwarki, oczywiście. Grunt, by była odpowiednia dla naszych naukowych celów. Dlatego zamiast ?zwykłych" Google spróbujmy tego. Narzędzie to przegląda zasoby internetowe tak samo jak jego popularniejszy odpowiednik, szuka jednak materiałów o charakterze naukowym. Różnicę w wynikach prelegent zaprezentował nam na przykładzie...Britney Spears. Zwykłe google zasypały nas tysiącem wyników, wśród których królowały blogi nastoletnich fanek piosenkarki i portale plotkarskie pełne niezbędnych nam do życia informacji o wadze, alkoholowych ekscesach i problemach macierzyńskich gwiazdy. Scholar wskazał adresy plików z pracami m. in. dotyczącymi seksu w skierowanej do młodzieży muzyce. Oprócz tego wyszukiwarka podaje informacje o podobnych materiałach i przypadkach cytowań danych prac.
Książek do przeczytania lub wydrukowania w domu możemy szukać na www.books.google.com Czasem wyniki będą tylko krótką notką (i nieprzypadkowo na marginesie pojawi się reklama Amazona), można jednak odnaleźć pełne rozdziały a nawet całe wydawnictwa.
Zazwyczaj jednak - jeśli zależy nam na polskojęzycznych źródłach - prędzej czy później trafimy do biblioteki. Żeby dowiedzieć się, w której odnaleźć możemy potrzebny nam wolumen, nie musimy wychodzić z domu. Wystarczy użyć jednej z multiwyszukiwarek, np. NUKAT lub KARO. Warto może zajrzeć do bibliotek kościelnych.
Na uprzywilejowanej pozycji są studenci i pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego. Mogą korzystać ze wszystkich światowych zbiorów, do których dostęp Biblioteka UW wykupiła. (Dzięki karcie bibliotecznej i logowaniu mogą to robić, nie ruszając się z domu.) W ten sposób można np. bezpłatnie eksplorować archiwum Gazety Wyborczej.
Wirtualną Bibliografię Zawartości Czasopism znajdziemy na stronie Biblioteki Narodowej.
Jeśli zawsze marzyliście o studiach na drugiej półkuli - nie dla papierka, ale kontaktu z tamtejszymi wykładowcami - nic straconego. W internecie znaleźć można syllabusy do zajęć i inne materiały dydaktyczne z Cambridge i innych uczelni, wysłuchać wykładu i podyskutować z podobnymi nam ''wolnymi słuchaczami'' ze świata. Studia na MIT bez opuszczania ulubionego fotela - to jest coś!
Zachwyceni możliwościami, ściągamy z internetu setki plików i w pewnym momencie tracimy orientację we własnych zbiorach. Pomóc nam może odpowiedni program. Pawel Krzyworzeka poleca Zotero, (pracujący pod Mozillą, począwszy od wersji 2.0). Pozwala on na stworzenie własnej bazy danych i włączanie do niej na bieżąco nowych materiałów.
Tym, którzy nie chcą przeładowywać pamięci komputera albo boją się, że wraz z laptopem mogą stracić wszystkie zebrane do pracy materiały, pomoże siteULike. Tutaj zakładamy konto, na którym gromadzimy swoją bibliotekę i jednym kliknięciem tworzymy bibliografię, a wszystko zostaje na serwerze. Przydatną funkcją serwisu jest wymiana informacji między kontami. Możemy sprawdzać, co nowego dołączyła do swojego konta osoba o podobnych zainteresowaniach - może i nam przyda się jej materiał lub notatki z lektury?
W internecie nic nie ginie. Jeśli jakaś informacja zniknęła z interesujących nas stron wraz z ich przebudową, możemy dotrzeć do ich starszych wersji.
Na koniec - przekornie - strona, na której znajdziecie...kurs korzystania z internetu. Bez obaw, nikt nie będzie Was uczył, jak się klika myszką - jest to poradnik, jak wykorzystywać Sieć w zdobywaniu informacji z poszczególnych dziedzin.
Odkrywanie akademickich zasobów internetu, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, 23.09







