technologia

Czy teraźniejszość to już przyszłość?

Michał Wawerek
26.04.2010 01:31
A A A Drukuj
W "Łowcy androidów" mamy kolonie na Marsie, postnuklearny świat i androidy pragnące być ludźmi.
Przyszłość to jedna z rzeczy, która od zawsze pobudzała wyobraźnię, a sposobów jej przewidywania ludzkość dorobiła się wyjątkowo dużo. Kiedyś robili to wariaci i szaleńcy, później jasnowidze, dziś futurolodzy. Oprócz "profesjonalistów" są jeszcze ci, którzy swoje wizje postanowili przedstawić w wersji popularno-naukowej, czyli pisarze, scenarzyści, reżyserzy.

Papier jest cierpliwy, a technika filmowa coraz doskonalsza, co często owocuje przerostem formy nad treścią. A owoców w tej tematyce jest tak wiele jak w dobrym sadzie, co poskutkowało bardzo płodnym XX wiekiem. Jego symbolem stał się rok 2000. Przełom nie tylko wieków, ale i tysiąclecia, jeszcze w latach 80-tych jawił się jako moment, po którym nasze życie już nigdy nie będzie wyglądało jak w starym odchodzącym wieku. Samochody miały latać, samoloty odejść do lamusa, a ich funkcję przejąć miały teleporty. Rok 2000 dawno za nami, pluskwa milenijna okazała się pluskiewką, technologia się rozwija, a jednak daleko nam do wizji niektórych scenarzystów filmów z XX wieku. Co nie znaczy, że wszystko to to tylko androny. Wiele rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się bajką, stanie się niedługo powszechnie dostępne lub już takie jest, tylko często nie jesteśmy nawet tego świadomi.

Ziemia - zielona planeta

Pewnie jeszcze długo takiego sformułowania będą się uczyć dzieci na przyrodzie w szkole podstawowej. Ale nie musiało tak być, o czym starali się (lub ciągle starają) nas przekonać filmowcy. Trzeba przyznać, że Ziemia nie ma z nimi lekko. Wielokrotnie była już zalewana oceanami, suszona na pieprz, skuta lodem lub bombardowana meteorytami. Na szczęście nadal tam, gdzie na mapie są oceany, jest słona woda, a Statua Wolności jak stała, tak stoi (to chyba najczęściej niszczony symbol w filmach katastroficznych). Jednak zdarzają się takie filmy czy książki, których twórcy nie opierają się jedynie na swojej wyobraźni, ale też na realnych przesłankach płynących z otaczających ich wydarzeń lub odkryć naukowych, a ich scenariusze wkrótce mogą okazać się prawdziwe.

Walka o ropę

W 1973 roku wybucha wojna izraelsko-arabska, a świat staje w obliczu kryzysu naftowego. Arabscy szejkowie przykręcają kurki, spada wydobycie, zapotrzebowanie na ropę jest ledwo zaspokajane. Naukowcy prześcigają się w prognozach, kiedy dostępne złoża zostaną wyeksploatowane do ostatniej kropli. Kilka lat później do kin trafia film "Mad Max" i szybko zdobywa status "kultowego". Obraz przedstawia bliską przyszłość świata, w której najcenniejszym towarem jest benzyna. Wypalona ziemia, bezkresne pustkowia i wszechobecna anarchia - tak widział nasza przyszłość George Miller, reżyser i współtwórca scenariusza filmu, dla którego inspiracją była wojna, która rozgorzała kilka lat wcześniej.

Dziś naukowcy są ostrożniejsi, jeśli chodzi o szacowanie, na ile starczy na ropy naftowej. XXI wiek przyniósł odkrycia nowych bardzo bogatych złóż w Brazylii i Wenezueli. A tak naprawdę nie wiadomo, czy kiedykolwiek się one wyczerpią. Coraz popularniejsza bowiem staje się teoria mówiąca, że złoża ropy naftowej nie powstają jedynie ze spróchniałych drzew i paproci, po których chadzały dinozaury, ale również, że są efektem uwalniania się węglowodorów w reakcjach chemicznych zachodzących wewnątrz naszej planety. Dowodzą tego badania, które potwierdziły samoczynne odnawianie się niektórych wyeksploatowanych złóż. Teorię tę od lat głoszą naukowcy rosyjscy i może ją potwierdzać skuteczność odwiertów dokonywanych na terenie Rosji. Jest ona ponad dwukrotnie większa niż odwiertów wykonywanych przez amerykańskie firmy, które do dziś wierzą jedynie w teorię organicznego pochodzenia ropy.

Film niósł jeszcze jedną przestrogę, o której wspomniał James McCausland - współscenarzysta - w 2006 roku, w czasie, gdy ceny za baryłkę ropy biły kolejne rekordy. "Teza scenariusza opierała się na przeświadczeniu, że ludzie zrobią prawie wszystko, aby nadal mieć możliwość swobodnego przemieszczania się samochodami, oraz na założeniu, że państwa nigdy w pełni nie zaangażują się w alternatywne źródła energii, aż okaże się, że jest już za późno". Dziś należy na to spojrzeć inaczej, ponieważ groźba wyczerpania złóż ropy nie jest już taka straszna. Jednocześnie wiele krajów intensywnie inwestuje w alternatywne źródła energii takie jak elektrownie wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie atomowe, które zaczynają przechodzić drugą młodość. Możemy więc uznać zagrożenie, że nasza planeta ma w pewnym momencie pozostać "bez zasilania", za przesadzone. Pozostaje jednak kwestia ekologicznej energii i ceny, którą jesteśmy gotowi za nią zapłacić, bo tańszego i równie energetycznego jak ropa surowca pewnie jeszcze długo nie będziemy mieli.

Aaaaaaa, 2 bilety na Marsa tanio sprzedam!

Od roku 2019 dzieli nas już niewiele i raczej trudno przypuszczać, aby nasze życie diametralnie się zmieniło w ciągu tych 9 lat. A to właśnie we wspomnianym roku rozgrywa się akcja kultowego filmu "Łowca androidów", opartego na motywach powieści Philipa K. Dicka (w pierwowzorze akcja rozgrywa się 1992 roku). Historia filmu skupia się na czwórce androidów, zbiegów z kolonii karnej na Marsie, których tropi łowca Rick Deckard. Film zadebiutował na dużym ekranie w 1982 roku i miał jak na swoje czasy astronomiczny budżet wynoszący prawie 30 milionów dolarów. Pozwoliło to wspaniale oddać klimat książki. Ukazane zostało Los Angeles w XXI wieku w realiach postnuklearnego świata. Błękitne niebo zastąpiono czerwonożółtym melanżem. Miasto, wyglądające na stalowy labirynt, pozbawiono jakichkolwiek elementów naturalnych. Rozgrywa się w nim walka z olbrzymim problemem przeludnienia. Zwierzęta, przez swą rzadkość, to luksus, na który stać nielicznych. Tak to wszystko widział Dick w 1968 roku, kiedy jego książka została wydana. Trudno mu się dziwić, bowiem całe lata 60-te to nieustający wyścig o dominację w kosmosie między Związkiem Radzieckim a USA.

Rok po wydaniu książki Amerykanie lądują na Księżycu, a ambitne plany zakładają kolonizację Księżyca i lot załogowy na Marsa. Wkrótce ludzi w najcięższych pracach mają wyręczać roboty. Jednocześnie na świecie trwa zimna wojna, a USA żyje w obawie przed deszczem głowic nuklearnych. Olbrzymie pieniądze inwestowane w zbrojenie się mocarstw wywołują przyspieszony rozwój techniki. Wydarzenia oraz realia tamtych lat odbijają się w książce geniusza science fiction. Mamy kolonie na Marsie, postnuklearny świat i androidy pragnące być ludźmi. Co z tego zostało? Na szczęście niewiele i niestety niewiele. Zimna wojna się skończyła, a arsenał atomowy systematycznie się kurczy dzięki międzynarodowym porozumieniom. Jednak to właśnie wyścig zbrojeń był motorem napędowym techniki. Podbój kosmosu to ciągle temat przyszłości, a do Marsa chyba dalej nam dziś niż w 1968 roku. Co ciekawe, androidy w filmie były z serii Nexus 6. Nexus to również nazwa telefonu komórkowego, który pojawił się na rynku w tym roku. Telefon ten z kolei pracuje na systemie operacyjnym o nazwie... Android. Spisek? Raczej żart firmy Google, która jest producentem telefonu. Najwidoczniej nie rozbawił on córki pisarza, która pozwała firmę z Doliny Krzemowej za bezprawne wykorzystanie własności intelektualnej.

Ciekawe, co ktoś, komu rok 2019 wydaje się mało przyjazny, powie o 2029, kiedy to ludzie będą w mniejszości tworzyć ruch oporu przeciwko zabójczym robotom kontrolowanym przez "myślący" system komputerowy Skynet? Taka wizję przedstawił James Cameron w "Terminatorze", ale nie ma co zbyt wybiegać w przyszłość, choć "genialny" Skynet jeszcze powróci w tym artykule.

Oba te filmy - "Łowca androidów" i "Terminator" - należą do nurtu zwanego cyberpunkiem, "który skupia się na ludziach i otaczającej ich zaawansowanej technologii komputerowej i informacyjnej, niekiedy połączony z różnego rodzaju zamieszaniem w społeczeństwie" (jak podaje polski portal poświęcony cyberpunkowi). Za twórcę gatunku uważa się Williama Gibsona, który jest autorem takich książek "Johnny Mnemonic" czy "Neuromancer". Gibson również powróci.

Zanim nastał cyberpunk

Alegorie do zmian zachodzących w naszych miastach możemy już odnaleźć we "Władcy Pierścieni"! Czy opis armii orków, które pod kierownictwem złego Sarumana niemal w zmechanizowany sposób produkowały broń i maszyny oblężnicze, nie jest nawiązaniem do rewolucji przemysłowej, której Tolkien był świadkiem w Anglii? Tańsze dobra za cenę morderczego wysiłku i degradacji środowiska - czy nie tak to widział jeden z najsłynniejszych pisarzy fantasy? Dziś możemy jedynie gdybać, ale wydaje się, że autor słynnej trylogii przyszłość miast widział w tumanach dymu, spalin i brudu. Postęp technologiczny mógł się według niego odbywać jedynie kosztem natury. Wizja ta wydaje się od nas oddalać, ale czy nie dlatego, że spychamy ją do biedniejszych państw jak Indie czy Chiny? Najczęstsza przyczyną śmierci w Chinach jest rak płuc (należy tu zaznaczyć, że pali około 320 milionów mieszkańców państwa środka, co stanowi niemal 1/3 ich populacji, ale nie zmienia to faktu, że na ten stan ma również wpływ olbrzymie zanieczyszczenie środowiska). Zawsze jest możliwość tańszego wytworzenia dobra, ale może warto zadać sobie czasem pytanie, widząc na produkcie napis ?made in China?, jakim, a raczej czyim odbywa się to kosztem?

Życie jako pendrive

Brzmi mało przyjemnie, ale adrenalina i moc emocji gwarantowane. William Gibson w 1981 roku opublikował w branżowym czasopiśmie opowiadanie pod tytułem "Johnny Mnemonic". Opowiadanie było na tyle innowacyjne i ciekawe, że w 1995 roku do kin zawitała jego ekranizacja. Za scenariusz również odpowiadał Gibson. Główny bohater filmu, tytułowy Johnny (grany przez Keanu Reevesa) pełni rolę posłańca, kuriera, który przekazuje dane. Tylko że jego atrybutami nie są samochód i aktówka, a mózg, który dzięki specjalnemu implantowi jest w stanie przenosić informacje. Johnny musi przetransportować dane firmy medycznej, które są zbyt poufne, aby je przesłać przez sieć komputerową (!). Gibson przewidział więc internet w całej swojej potędze.

Podobnie ze stylem życia właściwym dla bliskiej przyszłości. Bohaterowie żyją tam w olbrzymim tempie, przemieszczając się po kontynentach jak po planszy gry przygodowej. Co ciekawe, latają concordami, samolotami, które ostatni komercyjny lot odbyły w 2003 roku (akcja filmu ma miejsce w 2021 roku). Oczywiście tego Gibson nie był w stanie przewidzieć, bo gdy pisał swoje opowiadanie, concordy właśnie rozpoczynały nowy etap w podróżach między Europą a Ameryką. Tym bardziej Gibson nie przewidział tego, że to właśnie internet będzie gwoździem do trumny francuskich samolotów. Koniec ich ery nie nastąpił z powodu słynnej katastrofy w 2000 pod Paryżem, w której zginęło 113 osób (do czasu tego zdarzenia samoloty concord były uważane za najbezpieczniejsze), lecz z powodu coraz mniejszej rentowności lotów. Połączenia te z racji swojej ceny były skierowanie przede wszystkim dla klasy biznes, która potrzebowała szybkiego przepływu informacji pomiędzy kontynentami. W miarę jak internet robił się coraz popularniejszy i zaczął stanowić główny kanał wymiany danych, popyt na loty spadał, aż w końcu stały się one tylko snobistyczną zachcianką, a nie koniecznym narzędziem biznesu. Było to za mało, aby interes pozostał opłacalny.

Wracając do pamięci i Johnny'ego, jego umysł był w stanie pomieścić 80 GB danych (po "tuningu" dwukrotnie więcej). Film zadebiutował w 1995 roku, kiedy płyty CD zaczynały wypierać inne nośniki danych, a praca nad DVD trwała. Co ciekawe, w pierwszej edycji opowiadania z 1981 roku ilość tych danych wynosiła 30 MB, w kolejnej edycji "spuchła" do 300 MB. Gibson nie docenił pojemności ludzkiego umysłu. Dziś szacuje się, że człowiek każdego tylko dnia otrzymuje 2 TB danych w postaci wszelakich bodźców i informacji. Oblicza się to za pomocą algorytmów, typu smak to 10 bit/s, wzrok to 2*10^8 bit/s itd. Jak widać, algorytmy te są bardzo uproszczone, bo np. nie oddają zależności pomiędzy poszczególnymi zmysłami, ale potrafią dać jakiekolwiek rozeznanie co do pojemności naszego mózgu. Więc ile w końcu ona wynosi? Zakładając, że człowiek żyje średnio 73 lata, wychodzi, że w ciągu swojego całego życia przyjmuje około 52 PB (petabajt) danych. Zakładając nawet, że te obliczenia mają cokolwiek wspólnego z prawdą, pozostaje pytanie, ile wolnego miejsca jeszcze mu zostaje. Poza tym ważniejsza jest jakość, nie ilość.

Prawie jak inteligencja, prawie...

Sztuczna inteligencja to temat, który od dawna rozpala pisarzy oraz twórców filmowych. Najpierw wymyślono robota (chociażby da Vinci i jego słynny robot bojowy), a następnie pomyślano, co by to było, gdyby obdarzyć go inteligencją, aby był samodzielny. Problem, który miał się sam rozwiązać wraz z rozwojem informatyki, nie rozwiązał się do dziś, choć na co dzień jesteśmy otoczeni sztuczną inteligencją, często nie będąc tego świadomymi. Ale od początku. W 1950 roku Alan Turing, słynny brytyjski matematyk, wymyślił test, który miał dowodzić, że maszyna posiada umiejętność myślenia w sposób podobny do ludzkiego. W uproszczeniu test polega na rozpoznaniu za pomocą konwersacji, czy rozmówca jest człowiekiem, czy maszyną. Naukowiec przewidywał, że "myśląca maszyna" zostanie stworzona około 2000 roku i będzie posiadała pamięć o pojemności 119 MB, co uważał za wystarczającą wielkość do "uczłowieczenia" maszyny. Do dziś żadna maszyna testu nie przeszła. Może to i dobrze, jeśli sztuczna inteligencja miałaby tak potraktować swoich twórców jak zrobił to Skynet w filmie "Terminator". Był to system komputerowy zaprojektowany dla armii Stanów Zjednoczonych. Pozbawiony ludzkich "defektów", takich jak możliwość popełnienia błędów oraz powolny czas reakcji, działał bezbłędnie oraz błyskawicznie. Jednak geniusz jego projektantów szybko ich przeraził i spróbowali wyłączyć system, co ten odebrał za próbę ataku i uznał całą rasę ludzką za potencjalnych wrogów.

Dziś brzmi to komicznie, ale przełom lat 90-tych to były lata świetności prawa Moore'a, który zaobserwował podwajanie się tranzystorów w układach scalonych średnio co 12 miesięcy (później zweryfikowane do 24). Moc komputerów wydawała się nieskończona, a nierozwiązane problemy tylko kwestią czasu. W 1996 roku doszło do słynnego szachowego pojedynku pomiędzy najmocniejszym na tamte czasy komputerem o miłej nazwie Deep Blue a arcymistrzem Kasparovem. Rosjanin zwyciężył w stosunku 4:2, jednak już rok później zmodernizowany Deep Blue pokonał mistrza i było to pierwsze zwycięstwo maszyny z aktualnym najlepszym graczem świata. Naukowcy zatriumfowali, ogłaszając nadchodzącą erę sztucznej inteligencji. Ale tak naprawdę Deep Blue to taki trochę potężniejszy kalkulator, który potrafi analizować olbrzymie ilości danych i wyciągać z nich odpowiednie wnioski, ale tylko w obszarze algorytmu, według którego zaprogramowane jest jego działanie, w tym przypadku gra w szachy. Jeśli przyjąć takie warunki za sztuczną inteligencję, to czy nie tak samo działa np. aparat cyfrowy, który w trybie automatycznym, pobierając dane z otoczenia, sam ustawia siłę lampy błyskowej i ekspozycje? Albo wycieraczki samochodowe, które uruchamiają się automatycznie, gdy zaczyna padać deszcz? Wszystko jest tylko kwestią odpowiedniego algorytmu, a do dziś najdoskonalszy jest ten w naszym mózgu. Sztuczna inteligencja jest wśród nas, lecz póki co nic nie zapowiada, aby się miała przeciw nam zbuntować. Może to tylko kwestia czasu, bo, jak przewiduje słynny brytyjski futurolog Ian Pearson, "byt sztucznej inteligencji zdobędzie nagrodę Nobla w 2020 roku".

Sam Moore natomiast ogłosił w 2006 roku, że jego prawo przestanie obowiązywać około 2009 roku. Powód jest prozaiczny - kwestie technologiczne niosą ograniczenia. Nie będziemy w stanie wykonywać coraz mniejszych tranzystorów, a przynajmniej nie w tempie, o jakim mówi prawo Moore'a. Cóż, nie takie mocne te komputery, jak je malują.

Coś dla Kowalskiego

Jak widać, niektóre wizje nadal pozostają jedynie w sferze marzeń, lecz były też te mniejsze, które dziś na dobre są w naszym życiu lub do niego pukają.

W 2002 roku do kin trafił film "Raport mniejszości", również na podstawie powieści Philipa K. Dicka, w którym główny bohater za pomocą samych dłoni, wykonując odpowiednie gesty, obsługiwał interfejs komputera.

Sceny te robiły wrażenie na fanach komputerów, z których niejeden oddałby wiele, aby móc w ten sposób sterować swoim narzędziem pracy i rozrywki. Akcja filmu rozgrywa się w 2054 roku, my na szczęście nie będziemy musieli tak długo czekać. Niedawno firma Oblong Industries zaprezentowała urządzenie oraz interfejs komputerowy, które sprawią, że w domowym zaciszu będziemy mogli się poczuć jak Tom Cruise w filmie Spielberga. Z drugiej strony interfejs G-speak, bo tak się nazywa, do złudzenia przypomina ten, po którym poruszał się Johnny Mnemonic, gdzie znikły płaskie foldery na ekranie komputera, a pojawiły się trójwymiarowe obiekty zamknięte w przestrzeni ograniczonej jedynie pamięcią naszego komputera. Poruszanie się po niej przypomina remanent w wielkiej szafie. Wszystko to zapewne będzie ciekawe i widowiskowe, nie wiadomo jednak, czy równie praktyczne - co jeśli kilkugodzinna sesja pracy będzie oznaczała zakwasy w rękach? Jak uniesiemy wtedy naszego czytnika e-booków, aby po skończonej pracy zrelaksować się przy ulubionej gazecie czy książce? Rok 2010 zapowiada się jako przełom na rynku wydawniczym. Czeka nas zalew urządzeń opartych o technologię e-ink, która nie męczy oczu jak zwykłe monitory czy tablety, sprawia wrażenie prawdziwego papieru, a dodatkowo jest energooszczędna - prąd w takim urządzeniu jest pobierany jedynie w momencie, kiedy zmienimy stronę dokumentu. Na rynku przybywa zarówno czytników, jak i sklepów z publikacjami cyfrowymi, nie ma chyba innej drogi dla rynku wydawniczego. I pomyśleć, że trzeba było czekać niemal 600 lat, nim wymyślono coś lepszego niż Gutenberg.

A gdy już wyjdziemy z domu, to na miejsce przeznaczenia dowiezie nas specjalny wagonik, sterowany komputerowo i poruszający się po niezależnej od innych pojazdów linii. Sposób transportu prezentowany w wielu książkach jak i filmach sci-fi dla nas może wydawać się nadal odległy, ale nie koniecznie już dla londyńczyków. Bo właśnie w Londynie w tym roku zostanie uruchomiony system PRTS (Osobisty System Szybkiego Transportu) - na początku ma obsługiwać nowy terminal na lotnisku Heathrow, który będzie łączył z parkingiem. Długość całej trasy wynosi niecałe 4 km, lecz jeśli system się sprawdzi, ma on zostać rozbudowany do poziomu, kiedy będzie mógł obsługiwać wszystkie terminale i całe lotnisko. A stąd już niedaleko do momentu, w którym taki system lub mu podobny będzie mógł służyć mieszkańcom miast.

Przewidywanie przyszłości to trudne zajęcie, a jak pokazuje przykład Billa Gatesa, który miał powiedzieć, że "640 kb pamięci powinno wystarczyć każdemu", nawet bardzo trudne. Jednym wychodziło to lepiej innym gorzej. Nauczka z tego jest prosta, aby do końca nie ufać technologii i temu, że jeśli na obecnym etapie nie widać żadnych przeszkód do dalszego rozwoju, to nie znaczy, że za chwile się one nie pojawią. Ale nie ma co się martwić, bo jak słusznie zauważył nasz najsłynniejszy wizjoner Stanisław Lem, "Nawet niewielki postęp na każdym polu odsłania przed nami olbrzymie, a dotąd niewidzialne przedpole naszej ignorancji".

Michał Wawerek

 

Czytaj także:

Lot na Marsa się oddala

Kino u progu rewolucji?

Coraz bliżej do niewidzialności

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: